Wiosną 1909 roku pola pszenicy w Kansas zdawały się bezkresne, niczym złote morze kołyszące się delikatnie na porannym wietrze. Niebo było blade i skąpane w porannym słońcu, takim, które sprawiało, że każde źdźbło pszenicy błyszczało, jakby skrywało jakąś tajemnicę. Pośrodku pola stał mężczyzna z córką, trzymając ją za drobną dłoń. Uśmiechnął się do aparatu, nieświadomy, że obraz, który miał zamiar stworzyć, pewnego dnia przemówi głośniej niż słowa, niosąc historię straty, miłości i cichego cierpienia.
Ciało Annie Miller miało zaledwie pięć lat. Jej włosy miały delikatny kasztanowy połysk w słońcu, a sukienka była prosta i miejscami połatana, a jednak czysta i starannie cerowana przez matkę. Dla postronnego oka wyglądała jak każde dziecko: krucha, słodka i nieśmiało uśmiechająca się do ojca. Ale jej uśmiech był staranną maską, wyuczonym gestem. W jej oczach, jeśli przyjrzeć się uważnie, widać było cień – ciężar znacznie przewyższający jej wiek. Głód. Głód, który gryzł ją po cichu, kształtując drobne ciało i duszę dziecka, a świat tego nie zauważał.
Tego ranka Annie zjadła tylko cienką porcję owsianki kukurydzianej, rozwodnionej do tego stopnia, że ledwo dawała ożywienie. Jej matka, Mary, oddała większe porcje rodzeństwu Annie, ukrywając własny głód pod ciężarem obowiązków, które na farmie zdawały się nie mieć końca. Przemieszczała się po małej kuchni z cichą sprawnością, starając się nie okazywać zmęczenia w kościach. Poranne światło wpadające przez okno odbijało się od drobinek kurzu, uwydatniając delikatne zmarszczki niepokoju na jej twarzy. Mary szeptała dzieciom słowa otuchy, których jeszcze nie do końca rozumiały, obietnicę, że jutro będzie lepiej – mimo że jutro często niosło ze sobą te same trudności.
Annie już nauczyła się ukrywać swój dyskomfort. Lekko przeniosła ciężar ciała, udając, że balansuje na palcach stóp do zdjęcia, podczas gdy ucisk w żołądku sprawiał, że skręcało ją w żołądku. Nauczyła się mówić, że nie jest głodna, nawet gdy jej ciało bolało z pustki, uśmiechać się, nawet gdy łzy groziły napływaniem łez z oczu. Te wczesne lekcje odporności i ukrywania się były cichymi tragediami jej dzieciństwa – dzieciństwa mierzonego nie śmiechem i zabawą, ale starannym zarządzaniem niedostatkiem i bólem.