Tego roku zima nie dawała żadnego ostrzeżenia o swoim nadejściu w górach Meksyku.
Nadeszło niczym złowrogi szept, który przesączał się przez szpary w glinianych domach. Najpierw nadciągnął północny wiatr, ostrzejszy i okrutniejszy niż zwykle. Potem wieczory zaczęły dziwnie ciemnieć, a niebo w kolorze popiołu zdawało się miażdżyć dolinę. Leśne zwierzęta zaczęły zachowywać się chaotycznie: kojoty wyły zbyt blisko płotów, a w sosnowym lesie panowała cisza tak ciężka, że aż dusiła.
Ale nikt w wiosce nie chciał zwrócić na to uwagi. Byli zbyt zajęci swoimi codziennymi sprawami, barami albo zwykłymi narzekaniami.
Nikt… oprócz Ximeny.
Ximena miała zaledwie 14 lat. Odkąd pamiętała, życie w górach uczyło ją czytać ziemię. Po śmierci matki pięć lat wcześniej, jej ojciec, Don Hilario, stał się człowiekiem pochłoniętym mezcalem i goryczą. Jego serce stwardniało niczym wyschnięta ziemia podczas suszy. Nie postrzegał już Ximeny jako swojego ciała i krwi, ale jako ciężar, kolejne usta do wykarmienia w domu, w którym wygasło uczucie.
„Do niczego się nie nadajesz, bezużyteczna dziewczyno” – krzyczał do niej niemal codziennie, rzucając kapeluszem o drewniany stół.
Nie odpowiedziała. Spuściła wzrok, przełknęła gulę w gardle i kontynuowała mielenie kukurydzy. Ale jej umysł był zawsze czujny.
W październiku Ximena zauważyła znaki.
Motyle i ptaki wędrowne, które zawsze przemierzały niebo, zniknęły. Przepływ strumienia w wiosce drastycznie spadł, a jego brzegi o świcie pokryła gruba warstwa szronu – coś niespotykanego o tej porze roku. Nawet palący się sosnowy las pachniał inaczej.
Ximena zrozumiała, a dreszcz przebiegł jej po plecach. Nadchodził „Wielki Mróz”. Brutalna zima, taka, jaką dziadkowie opowiadali w strasznych historiach.
Pobiegł w kierunku miejskiego placu, akurat w momencie, gdy mężczyźni zebrali się przed komisariatem policji w Ejido.
„Musimy zgromadzić tyle drewna na opał i kukurydzy, ile się da” – powiedziała Ximena drżącym, ale stanowczym głosem. „Ta zima nie będzie normalna. Strumień już zamarza. Umrzemy, jeśli się nie przygotujemy”.
Śmiech wybuchł natychmiast. Mężczyźni, z kieliszkami z alkoholem w dłoniach, patrzyli na nią kpiąco.
„Ta mała smarkula zwariowała, jest tak samo czarownicą jak jej matka” – zadrwił wiejski rzeźnik.