W środku znajdowało się duże, profesjonalnie oprawione zdjęcie jej absolwentów. Rzędy uśmiechniętych twarzy. Ludzie, o których słyszałam historie przez lata, ale których nigdy nie spotkałam.
Za białą ramką widniały podpisy. Dziesiątki. Niektóre wyraziste, niektóre zapętlone, niektóre pospieszne.
Znalazłem notatkę przyklejoną z tyłu.
Tęskniliśmy za tobą!
Maria opowiedziała nam, co się stało. Bycie mamą TO coś, z czego można być dumnym. Wychowujesz troje ludzi – to trudniejsze niż jakikolwiek tytuł, jaki mamy.
Przyjdź następnym razem. Zajmiemy ci miejsce.
Poczułem ucisk w klatce piersiowej.
Maria.
Jej najlepsza przyjaciółka z liceum. Ta, która została chirurgiem. Ta, na którą bez zastanowienia wskazałam jako przykład „prawdziwego sukcesu”.
Siedziałem tam i wpatrywałem się w to zdjęcie.
Myślałam o Annie, która miała dwadzieścia dwa lata i była w ciąży z naszym pierwszym dzieckiem, podczas gdy jej koleżanki pakowały się na staże i studia podyplomowe. Myślałam o nocach, kiedy przechadzała się po salonie z kolkującymi dziećmi, podczas gdy ja spałam, bo „rano miałam spotkania”. Myślałam o przyjęciach urodzinowych, które planowała w najdrobniejszych szczegółach. O lunchach, które pakowała. O wizytach u lekarza, które pamiętała. O malutkich trampkach, które co wieczór ustawiała w rzędzie przy drzwiach.
Zastanawiałem się, jak łatwo udało mi się to wszystko sprowadzić do jednego słowa: po prostu.
Anna zeszła na dół i zatrzymała się, gdy zobaczyła mnie siedzącego przy stole, z ramą opartą przede mną.
„Otworzyłeś je” – powiedziała.
Nie brzmiała na złą.
Brzmiała zmęczona.
„Przepraszam” – powiedziałam natychmiast. Mój głos trząsł się. „Nie powinnam była mówić tego, co powiedziałam. Pomyliłam się”.
Nie odpowiedziała od razu. Podeszła i przesunęła palcami po podpisach, zatrzymując się na znajomych nazwiskach.
„Nie zapomnieli o mnie” – mruknęła. „Myślałam, że może jednak tak”.
Coś we mnie pękło.
„Zapomniałem o tobie” – powiedziałem cicho.
Spojrzała na mnie.