Głos Hensleya przycichł. „Ten dzwoniący użył nazwiska twojego brata. To sugeruje, że zna twoją rodzinę”.
Ramirez zamknął notes. „Chcielibyśmy, żebyś przyszedł na komisariat, żeby złożyć zeznania. Chcemy też prześledzić informacje zawarte w tym SMS-ie”.
„A co, jeśli to ktoś bliski mojemu sercu?” – zapytałem.
Ramirez nie owijał w bawełnę. „Wtedy prawda i tak wyjdzie na jaw”.
Zatrzymał się na chwilę przy drzwiach. „I jeszcze jedno: nie dzwoń jeszcze do rodziców”.
Telefon ciążył mi w dłoni jak cegła.
Bo jeśli do nich nie zadzwonię, będę się martwił.
A jeśli zadzwonię… to może w końcu dowiem się, co naprawdę kryje się za tym krzykiem o pierwszej w nocy.
Część 2 — Upadek
W komisariacie unosił się zapach papieru ksero i zwietrzałej kawy. Ramirez zaprowadził mnie do małego pokoju przesłuchań: metalowy stół, świetlówki i pudełko chusteczek, które wyglądało, jakby stało tam od lat 90.
Przyniósł wodę i powiedział coś, czego się nie spodziewałam.
„Chcę, żebyś to usłyszał oficjalnie: postąpiłeś słusznie, nie przelewając pieniędzy w środku nocy”.
„Nie czułem się dobrze, siedząc na moim ganku” – mruknąłem.
„To się rzadko zdarza” – powiedział. „Ludzie czują się oskarżeni, podczas gdy tak naprawdę są chronieni”.
Kazał mi zapisać szczegóły – czas, słowa, groźby – i zamienił moją noc w linijki na papierze.
Potem pokazał mi wydrukowany zrzut ekranu wiadomości. „Rozpoznajesz nazwisko na koncie?”
Wpatrywałem się w nie. Coś w inicjałach przywołało wspomnienia.
„Nie” – powiedziałem – zbyt szybko.
Nie dlatego, że byłem pewien. Ale dlatego, że lojalność zawsze była moją pierwszą reakcją, nawet jeśli mnie rani. Ramirez nie nalegał. Skinął tylko głową. „Dobrze. Sprawdzimy po kolei”.
Kilka minut później weszła kobieta – w prostej marynarce, o bystrym spojrzeniu i spokojnym usposobieniu.
„Detektyw Green” – przedstawiła się.
Usiadła i powiedziała: „Do nikogo jeszcze nie dzwonimy. Ani do twoich rodziców, ani do twojego brata, ani do twojej siostry”.
„Do mojej siostry?” – powtórzyłem.
Green nie odpowiedział. „Najpierw sprawdzamy wniosek szpitalny”.
Kazała mi ręcznie wyszukać numer szpitala, a nie w kontaktach. „Zadzwoń do szpitala powiatowego”.
Tak, zrobiłem to. Mój palec zawisł tuż przed naciśnięciem przycisku połączenia, jakby telefon mógł w każdej chwili ugryźć.
Odebrała recepcjonistka. Starałem się mówić spokojnie.
„Dzień dobry, próbuję znaleźć pacjenta. Mark Wilson”.
Pauza. Klawiatura klika.
Aby zapoznać się z pełnymi krokami gotowania, przejdź na następną stronę