Nie mogłem spać. Gdzieś po północy wstałem, zapaliłem drugą zapałkę i zacząłem szukać.
Odpowiedź znajdowała się na podłodze w kuchni.
Przeszedłem po nim już kilkanaście razy: kawałek desek obok stołu, ciemniejszy od pozostałych, wytarty na gładko, o wzorze niepasującym do chodnika. Uklęknąłem i przyjrzałem się uważniej. Deski nie były przybite. Były osadzone w ramie, a w rogu tej ramy, prawie niewidoczny pod warstwą sadzy, znajdował się żelazny pierścień.
Pociągnąłem.
Część podłogi podniosła się niczym zapadnia, odsłaniając piwnicę ziemną.
Zszedłem ze świecą i znalazłem to, czego się spodziewałem: kilka zwiędłych ziemniaków w pojemniku, kilka słoików z czymś ciemnym, beczkę, która mogła kiedyś służyć jako mąka. Ale w tylnej ścianie piwnicy były drzwi. Nie były to drzwi do piwnicy, prawdziwe drzwi, o konstrukcji szkieletowej, żelazne pasy, z ciężką belką zamykającą. Wyglądały jak coś, co pasowałoby do fortecy, a nie do górskiej chaty.
Długo stałem tam, a wosk kapał mi ze świecy na ubitą ziemię. Potem podniosłem belkę i pociągnąłem.
Drzwi się otworzyły, ale zimno nie wyleciało. To było pierwsze, co zauważyłem. Zimno powinno było wylecieć. Zamiast tego powietrze, które mnie powitało, było chłodne, ale stabilne, pachniało dębem, kurzem i czymś, co mogę nazwać jedynie cierpliwością.
Uniosłam świecę. Światło padło na stosy drewna, rozłupane dęby, jasne i czyste, ułożone w schludnych zatoczkach, ciągnących się w głąb ciemności.
Zrobiłem krok naprzód, potem drugi. Przejście było wyłożone kamieniem, sufit podparty drewnem, podłoga ubita ziemią z lekkim spadkiem. Liczyłem kroki: 10, 20, 30. Po 40 krokach zatrzymałem się i obejrzałem. Otwór piwniczny był małym kwadratem mniejszej ciemności za mną. Po 50 krokach znalazłem koniec tunelu.
30 sznurów, może więcej, ułożonych w stosy na wysokości 30 cm od sufitu, posortowanych według rozmiaru, podzielonych na wnęki z węglem drzewnym na kamieniu, którego jeszcze nie mogłem odczytać. Wszystko suche. Wszystko pęknięte. Wszystko czeka.
Podniosłem dwa kawałki i uderzyłem nimi o siebie. Zabrzmiały jak drewno sezonowane latami.
Usiadłam na dnie tunelu i płakałam, nie z ulgi, choć ulga była jej częścią. Płakałam, bo nagle zrozumiałam, że mój mąż o mnie nie zapomniał. Nie był nieostrożny, głupi ani szalony. Spędził lata, kopiąc to przejście, znosząc ten kamień, rozłupując to drewno, ukrywając to przed wszystkimi, w tym przede mną. Zbudował mi sposób na przetrwanie, a ja nie miałam pojęcia dlaczego.
Dzienniki znajdowały się w skrzyni ciesielskiej przy wejściu do tunelu. Znalazłem je następnego ranka, po tym, jak przespałem pierwszy prawdziwy sen od śmierci Eliasa, ogrzewany ogniem opalanym drewnem, które płonęło, jakby czekało na zapałkę.
Było tam dziewięć kieszonkowych zeszytów owiniętych w ceratę, papier miękki od starości, pismo ściśnięte i pochyłe. Były stare. Należały do Amosa Mercera, ojca Eliasa. Nigdy wcześniej nie spotkałem Amosa. Zmarł, zanim przybyłem do doliny. Były tam również cztery księgi rachunkowe, nowsze, o czystych stronach, z starannym i znajomym pismem. Należały do Eliasa.
Zacząłem od Amosa. Jego pierwsze wpisy pochodziły sprzed 22 lat i wcale nie dotyczyły drewna. Chodziło o stratę. Policzył wszystko, co zabrały mu góry: szopę zawaloną lodem, wóz okradziony przy przeprawie przez potok, cały zimowy zapas paliwa zniszczony, gdy sterta została pokryta śniegiem ze śniegiem, a potem zamarzła na 6 tygodni. Zapisywał wagi, daty i temperatury. Zapisywał nazwiska sąsiadów, którzy kradli z odkrytych stosów. Notował, ile razy musiał palić świeżym drewnem, bo suche drewno było uwięzione pod lodem.
Następnie na stronie z datą marzec 1876 r. napisał: zima kradnie tylko to, co zostawisz tam, gdzie może dosięgnąć.
Przeczytałem ten wers trzy razy. Potem przewróciłem stronę.