Jego jedynym marzeniem było zobaczyć mnie na balu maturalnym. „Chcę cię widzieć wystrojoną, wychodzącą przez drzwi, jakbyś była właścicielką świata, księżniczko” – mawiał. Niestety, przegrał walkę z rakiem kilka miesięcy przed wielkim wydarzeniem. Dowiedziałam się o tym na szkolnym korytarzu, patrząc na linoleum, które tyle razy polerował.
Po pogrzebie zamieszkałam z ciotką Hildą. Kiedy nadszedł sezon balów maturalnych, dziewczyny porównywały sukienki od projektantów, które przez miesiąc kosztowały więcej niż pensja mojego ojca. Czułam się oderwana od rzeczywistości. Bal maturalny miał być naszym momentem.
Pewnego wieczoru otworzyłem pudełko z jego rzeczami ze szpitala: portfelem, zegarkiem z pękniętym szkiełkiem, a na dole starannie złożonymi koszulami roboczymi. Wtedy wpadłem na pomysł: skoro nie może być z nami fizycznie, to zabiorę go ze sobą.
Każdy ścieg to opowieść, której
nauczyła mnie szyć ciocia Hilda. Rozłożyłam materiały na stole i zabrałam się do pracy. Sukienka stała się katalogiem jego życia:
Niebieski kolor koszulki, którą miałem na sobie pierwszego dnia w liceum.
Wyblakła zieleń od biegania obok mojego roweru.
Szarość koszuli, w której mnie przytulił po najcięższym dniu w 11. klasie.