Uznano ją za niezamężną

Uznano ją za niezamężną

„Cokolwiek znajdę. Stare gazety, czasem książki, które pożyczam. Czytam powoli. Nie nauczyłem się dobrze, ale czytam.”

„Czytałeś Szekspira?”

Jego oczy się rozszerzyły. „Tak, proszę pani. W bibliotece jest stary egzemplarz, którego nikt nie dotyka. Czytałem go w nocy, kiedy wszyscy śpią”.

„Które sztuki?”

„Hamlet, Romeo i Julia, Burza”. Jego głos mimowolnie nabrał entuzjazmu. „Burza to mój ulubiony film. Prospero kontroluje wyspę za pomocą magii. Ariel pragnie wolności. Kaliban traktowany jak potwór, ale być może bardziej ludzki niż ktokolwiek inny”. Urwał gwałtownie. „Przepraszam panią. Za dużo gadam”.

„Nie” – uśmiechałam się. Uśmiechałam się szczerze po raz pierwszy w tej dziwacznej rozmowie. „Mów dalej. Opowiedz mi o Kalibanie”.

I stało się coś niezwykłego. Josiah, potężny niewolnik zwany brutalem, zaczął dyskutować o Szekspirze z inteligencją, która zaimponowałaby profesorom uniwersyteckim.

„Kaliban jest nazywany potworem, ale Szekspir pokazuje nam, że został zniewolony, jego wyspa skradziona, a magia jego matki odrzucona. Prospero nazywa go dzikusem, ale Prospero przybył na wyspę i rościł sobie prawo własności do wszystkiego, łącznie z samym Kalibanem. Więc kto tak naprawdę jest potworem?”

„Uważasz, że Caliban jest osobą budzącą współczucie?”

„Widzę Calibana jako człowieka, traktowanego jako coś gorszego od człowieka, ale jednak człowieka”. Urwał. „Jak… jak zniewoleni ludzie”.

„Skończyłem.”

„Tak, proszę pani.”

Rozmawialiśmy dwie godziny o Szekspirze, o książkach, o filozofii i ideach. Josiah był samoukiem, jego wiedza była fragmentaryczna, ale umysł miał bystry, a głód wiedzy oczywisty. I kiedy rozmawialiśmy, mój strach zniknął.

Ten człowiek nie był brutalem. Był inteligentny, łagodny, rozważny, uwięziony w ciele społeczeństwa, na które patrzyło się i widziało tylko potwora.

„Josiah” – powiedziałem w końcu – „jeśli to zrobimy, chcę, żebyś coś wiedział. Nie uważam cię za brutala. Nie uważam cię za potwora. Uważam cię za osobę zmuszoną do znalezienia się w sytuacji bez wyjścia, tak jak ja”.

W jego oczach nagle pojawiły się łzy. „Dziękuję, panienko”.

„Mów mi Ellanar. Kiedy jesteśmy sami, mów mi Elellanar.”

„Nie powinnam, proszę pani. To nie byłoby właściwe.”

„Nic w tej sytuacji nie jest właściwe. Jeśli mamy być mężem i żoną, czy jakkolwiek to ma wyglądać, powinieneś używać mojego nazwiska”.

Powoli skinął głową. „Elellanar”. Moje imię i jego głęboki, delikatny głos brzmiały jak muzyka.

„W takim razie ty też powinnaś coś wiedzieć. Nie uważam, że jesteś nie do zamążpójścia. Uważam, że mężczyźni, którzy cię odrzucili, byli głupcami. Każdy mężczyzna, który nie widzi niczego poza wózkiem inwalidzkim i nie dostrzega osoby w środku, nie zasługuje na ciebie”.

To była najżyczliwsza rzecz, jaką ktokolwiek powiedział mi w ciągu ostatnich czterech lat.

„Zrobisz to?” zapytałem. „Czy zgodzisz się na plan mojego ojca?”

„Tak” – bez wahania. „Będę cię chronić. Będę się o ciebie troszczyć. I postaram się być ciebie godny”.

„Postaram się, żeby to było znośne dla nas obojga”.

Przypieczętowaliśmy umowę uściskiem dłoni, jego ogromna dłoń pochłonęła moją, ciepła i zaskakująco delikatna. Radykalne rozwiązanie mojego ojca nagle wydało się mniej niemożliwe.

Ale co stało się potem? Czego dowiedziałem się o Josiahu w kolejnych miesiącach? To właśnie wtedy ta historia staje się czymś, czego nikt nie mógł przewidzieć.

Formalne wejście w życie porozumienia nastąpiło 1 kwietnia 1856 roku.

Mój ojciec zorganizował skromną ceremonię, nie był to legalny ślub, ponieważ niewolnicy nie mogli się pobierać i z pewnością żadne białe społeczeństwo by tego nie uznało, ale zebrał służbę domową, przeczytał wersety z Biblii i ogłosił, że teraz Josiah będzie odpowiedzialny za moją opiekę.

„On przemawia z moim autorytetem w sprawie dobra Eleanor” – powiedział mój ojciec do wszystkich zebranych. „Traktujcie go z szacunkiem, na jaki zasługuje to stanowisko”.

Przygotowano dla Josiaha pokój, sąsiadujący z moim, połączony drzwiami, ale oddzielny, z zachowaniem pozorów przyzwoitości. Przeniósł on swój skromny dobytek z kwater niewolników – trochę ubrań, kilka potajemnie zgromadzonych książek, narzędzia z kuźni.

Pierwsze tygodnie były niezręczne. Obcy ludzie próbowali odnaleźć się w beznadziejnej sytuacji. Przyzwyczaiłam się do służących. On był przyzwyczajony do ciężkiej pracy. Teraz to on był odpowiedzialny za intymne czynności. Pomagał mi się ubierać, nosił mnie, gdy wózek inwalidzki nie dawał rady, pomagał w potrzebach, o których nigdy nie pomyślałabym, że porozmawiam z mężczyzną.

Ale Josiah podchodził do wszystkiego z niezwykłą delikatnością. Kiedy musiał mnie nieść, najpierw pytał o pozwolenie. Pomagając mi się ubierać, unikał wzroku, kiedy tylko było to możliwe. Kiedy potrzebowałam pomocy w sprawach osobistych, zachowywał moją godność, nawet gdy sytuacja była z natury niegodna.

„Wiem, że to niewygodne” – powiedziałem mu pewnego ranka. „Wiem, że to nie ty tego wybrałeś”.

„Ty też nie”. Reorganizował moją półkę z książkami. Wspomniałam, że chcę ją ułożyć alfabetycznie, a on wziął to na siebie jako projekt. „Ale jakoś sobie radzimy”.

„Czy my?”

Spojrzał na mnie, jego potężna sylwetka wydawała się niegroźna, gdy klęczał przy półce. „Ellaner, całe życie byłem zniewolony. Wykonywałem katorżniczą pracę w upale, która zabiłaby większość mężczyzn. Byłem bity za błędy, sprzedawany z dala od rodziny, traktowany jak wół z głosem”. Wskazał gestem wygodny pokój. „To życie tutaj, troska o kogoś, kto traktuje mnie jak człowieka, dostęp do książek i rozmów… To nie jest trud”.

„Ale nadal jesteś niewolnikiem”.

„Tak, ale wolałbym być tu z tobą w niewoli, niż gdzie indziej, wolny i samotny”. Wrócił do książek. „Czy to źle?”

„Nie sądzę. Myślę, że to uczciwe.”

Ale oto, czego mu nie powiedziałam. Czego nie mogłam jeszcze przed sobą przyznać. Zaczynałam coś czuć. Coś niemożliwego. Coś niebezpiecznego.

Pod koniec kwietnia wypracowaliśmy sobie rutynę. Rano Josiah pomagał mi w przygotowaniach, a potem niósł mnie na śniadanie. Potem wracał do kuźni, a ja zajmowałam się księgowością domową. Popołudniami wracał i spędzaliśmy razem czas.

Czasami obserwowałem go przy pracy, zafascynowany tym, jak przemieniał żelazo w użyteczne przedmioty. Czasami czytał mi, a jego umiejętności czytania znacznie się poprawiły dzięki dostępowi do biblioteki mojego ojca i moim korepetycjom. Wieczorami rozmawialiśmy o wszystkim – o jego dzieciństwie na innej plantacji. O jego matce, którą sprzedano, gdy miał 10 lat. O marzeniach o wolności, które wydawały się niemożliwie odległe.

back to top