Następnego ranka Radu Munteanu dotarł na działkę jeszcze przed wschodem słońca.
Miał ze sobą łopatę, kilof, starą taczkę i determinację, której nie czuł od lat.
Pierwszy kamień usunął z trudem. Drugi wypadł mu z rąk i niemal przygniótł stopę.
Po godzinie plecy paliły, dłonie były pełne pęcherzy.
Ale pod kamieniami ziemia nie była martwa.
Była czarna, ciężka, żyzna, jak najlepsza gleba ogrodowa.