Ximena przyspieszyła kroku, serce waliło jej w piersiach. Dotarła do głównej ulicy. Topniejący śnieg odsłaniał gruzy, dachy zawalały się pod ciężarem lodu, a drzwi wyrywały się z zawiasów.
Wszedł do sklepu Doñi Rosy. Wnętrze było splądrowane, półki połamane, a na podłodze, skulone pod cienkimi kocami, leżały zamarznięte ciała staruszki i jej dwójki wnucząt.
Wybiegła, zasłaniając usta. Dotarła na plac. Drzwi kościoła były szeroko otwarte. Wewnątrz dziesiątki ciał tłoczyły się na ławkach, a podłoga potwierdzała ogrom tragedii. Szukali schronienia razem, ale bez ognia i jedzenia, zimno pochłonęło ich wszystkich.
Nie pozostał ani jeden żywy. Długa, brutalna zima nie znała litości dla ignorancji.
Z nogami uginającymi się pod ciężarem nóg, Ximena pobiegła w stronę swojego domu na obrzeżach miasta. Był nietknięty. Okna zabito od wewnątrz grubymi deskami. Zapukała do drzwi, ale nikt nie otworzył. Używając dużego kamienia, wyłamała drewniany zamek i weszła do środka.
Zapach więzienia był mdły. Przeszedł ciemnym korytarzem na tyły, gdzie znajdowała się rodzinna piwniczka z winami.
I oto był.
Don Hilario leżał na podłodze, z siną skórą i otwartymi oczami wpatrzonymi w sufit. Był zamarznięty, twardy jak kamień.
Ale to nie widok martwego ojca sprawił, że Ximena podniosła ręce w geście całkowitego szoku. To, co go otaczało.
Piwnica była pełna.
Worki i worki z kukurydzą piętrzyły się aż po sufit. Były beczki pełne fasoli, sznury suszonych papryczek chili zwisające z krokwi oraz skrzynki ze smalcem i suszonym mięsem. Jedzenia wystarczyło, żeby wyżywić całą ejido na miesiące.
Ximena cofnęła się o krok, czując, że nie może oddychać. Nagle wszystko nabrało makabrycznego i odpychającego znaczenia.
Jej ojciec nie wyrzucił jej z domu tylko z dumy czy pod presją mężczyzn. Wyrzucił ją, bo wiedział, że zima będzie długa. On również widział znaki. I przez tygodnie, potajemnie, kradł i gromadził fundusze wspólnotowe wioski, ukrywając je w swoim domu.
Porzucił ją na pewną śmierć w śniegu w wieku 14 lat, ponieważ w jego samolubnym i zepsutym umyśle mniej gęb do wykarmienia oznaczało, że zasoby wystarczą na dłużej. Nie chciał dzielić się swoim skarbem z nikim, nawet z własną córką.
Ale los jest nieubłaganym sędzią.