W wieku 14 lat potrafił trafić w konkretny sęk na pniu drzewa z wysokości 21 metrów. Jego ojciec obserwował rozwój tej umiejętności z mieszanymi uczuciami. Duma, że syn coś opanował, ale i strach przed tym, do czego ta umiejętność może się przydać. To do polowania na jedzenie, powtarzał mu Jakub w kółko. Nigdy dla ludzi. Nigdy.
Użyjesz tego na białym człowieku, a zabiją wszystkich na tej plantacji. Rozumiesz? Isaiah zrozumiał. Miał 14 lat. Nigdy nie pomyślał o użyciu procy przeciwko ludziom. Jeszcze nie. Ta myśl przyszła mu do głowy rok później, pewnego wrześniowego poranka w 1850 roku, kiedy wszystko się zmieniło. 15 września 1850 roku. Isaiah miał 14 lat. Jego ojciec, Jacob, miał 39 lat.
Pracowali na polach tytoniu, gdy nadzorca, niejaki Marcus Patterson, zaczął chłostać kobietę o imieniu Sarah za zbyt powolną pracę. Sarah była w siódmym miesiącu ciąży. Upadła po piątym uderzeniu. Patterson kontynuował chłostę. Jacob Rivers wystąpił naprzód i kazał Pattersonowi przestać.
Nie krzyczał, nie groził, powiedział tylko: „Proszę pana, ona jest w ciąży. Proszę”. Patterson odwrócił się i uderzył Jacoba w twarz rękojeścią bata. Jacob zachwiał się, ale pozostał na nogach. „Pole mówiło mi, co mam robić” – powiedział Patterson. Wyciągnął pistolet i strzelił Jacobowi Riversowi w klatkę piersiową z bliskiej odległości. Jacob upadł na czerwoną glinę z Georgii i zginął, podczas gdy jego 14-letni syn obserwował to z odległości 9 metrów.
Isaiah stał jak sparaliżowany, ściskając w dłoniach wiadro z wodą, które niósł. Patrzył, jak krew ojca wsiąka w ziemię, jak Patterson nonszalancko chowa pistolet do kabury. Patrzył, jak inni zniewoleni wracają do pracy, bo nic innego nie mogli zrobić, bo pomaganie oznaczało również śmierć. Patterson rozejrzał się po milczących robotnikach polowych.
„Czy ktoś jeszcze chce mi mówić, jak mam wykonywać swoją pracę?” – zapytał. Nikt nie odpowiedział. Patterson odszedł. Isaiah stał tam jeszcze jakieś 10 sekund. Potem upuścił wiadro. Woda rozlała się po ziemi, mieszając się z krwią ojca. Isaiah pobiegł, nie do ciała ojca, tylko do lasu. Biegł, aż go zabolały płuca i odmówiły posłuszeństwa nogi.
Upadł za powalonym dębem dwie mile od plantacji i został tam, gdy słońce przecinało niebo, a cienie się wydłużały. Został tam, gdy zapadała noc i temperatura spadała. Został tam, myśląc o twarzy ojca, gdy trafiła go kula. O zaskoczeniu w oczach Jacoba. O tym, jak upadł, wyciągając ręce, jakby próbował się podeprzeć.
Swobodny ton w głosie Pattersona. Isaiah pozostał za tym pniem do świtu. A kiedy słońce wzeszło 16 września 1850 roku, był już innym człowiekiem. Chłopiec, który nauczył się strzelać do polowań, zniknął. Na jego miejscu pojawił się ktoś, kto zrozumiał prostą prawdę. Skoro system miał zabić jego ojca za to, że przemówił, to system musiał umrzeć.
A ponieważ nie mógł zniszczyć systemu, zabiłby ludzi, którzy go egzekwowali. Łowców niewolników, łowców nagród, ludzi z psami gończymi polujących na zbiegów, ludzi, którzy umożliwili niewolnictwo, sprawiając, że ucieczka stała się niemal niemożliwa. Tych ludzi można było zabić. A Isaiah Rivers spędził 5 lat ucząc się dokładnie, jak ich zabijać.
Ale Isaiah się nie spieszył. To najważniejsze. To odróżniało go od innych, którzy próbowali się zemścić i szybko ginęli. Isaiah rozumiał, że jeden chłopak z procą nie może otwarcie walczyć z całym systemem. Musiał być niewidzialny, cierpliwy i strategiczny. Więc czekał. Pracował w polu. Wykonywał rozkazy. Nie podnosił głowy.
Publicznie opłakiwał ojca, tak jak wolno było opłakiwać niewolników, co oznaczało ciszę i krótki okres przed powrotem do pracy. A nocą, w tajemnicy, w lesie, planował. Isaiah studiował łowców niewolników działających w hrabstwie Cherokee. Na tym terenie pracowało ośmiu regularnych myśliwych.
Biali mężczyźni w wieku od 25 do 50 lat, którzy posiadali psy gończe i strzelby, a ich zarobkiem było łapanie zbiegów i wypuszczanie ich za nagrody. 50 dolarów za mężczyznę, 30 dolarów za kobietę, 20 dolarów za dziecko. Żywy czy martwy, choć żywy był wart więcej. Ci mężczyźni byli profesjonalistami. Znali lasy. Wiedzieli, gdzie ukrywają się zbiegowie. Wiedzieli, jak tropić, zastawiać pułapki i łapać. Byli niebezpieczni.
Ale mieli pewne schematy. Isaiah nauczył się ich przez miesiące uważnej obserwacji. Twierdził, że sprawdza linie pułapek albo zbiera drewno na opał i spędzał godziny, obserwując łowców niewolników poruszających się po lesie. Zapamiętywał ich korzenie. Robert Morrison zawsze sprawdzał systemy jaskiń w pobliżu Krwawej Góry w środy.
Thomas Whitfield patrolował koryta rzeki Edeto w poniedziałki i czwartki. Marcus Johnson pracował na grzbietach Chattahuchi w weekendowe poranki. Każdy z nich miał swoje terytorium, swój harmonogram i swoje nawyki. Isaiah stworzył mentalną mapę ich ruchów, preferencji i słabych punktów. Byli przewidywalni, a przewidywalni ludzie mogli wpaść w zasadzkę.
Isaiah również studiował swoją broń z gorliwością inżyniera. Wielokrotnie przebudowywał procę, używając najtwardszego drewna hikorowego, jakie udało mu się znaleźć w leśnym poszyciu, testując różne kąty widełek, aby zmaksymalizować moc i celność. Eksperymentował z różnymi rodzajami skóry na rzemienie, próbując skóry jelenia, bydlęcej i surowej.
Ostatecznie zdecydował się na surową skórę, wyprawionej w specjalny sposób, który zapewniał maksymalną elastyczność bez pękania. Podstaw nauczył go ojciec, ale Isaiah wyniósł broń do rangi nauki. Dowiedział się, że naciągnięcie pasów dokładnie o 17 cali (33 cm) zapewnia optymalną prędkość bez nadmiernego naprężania skóry. Dowiedział się, że zwolnienie za pomocą kciuka i palca wskazującego, a nie całej dłoni, zapewnia większą powtarzalność celności.
Dowiedział się, że oddech wpływa na celność, więc zawsze wypuszczał powietrze z pełną siłą i strzelał między uderzeniami serca, gdy jego ciało było najspokojniejsze. Z obsesyjną starannością zbierał kamienie. Gładkie kamienie rzeczne z High Tower Creek, każdy ważył od 1,8 do 2,2 uncji. Każdy sprawdzał równowagę, obracając go na dłoni.
Kamienie, które się chwiały, odrzucano. Zachowywano tylko idealne kule. Posortował je według wagi i kształtu na kategorie: lekkie kamienie do dalekich strzałów, ciężkie do strzelania z bliska i z maksymalną siłą rażenia. Ukrywał je w różnych miejscach w lesie, zakopując w oznaczonych miejscach w pobliżu potencjalnych miejsc zasadzek, aby zawsze mieć pod ręką amunicję.
Testował nawet różne rodzaje kamieni. Kamienie rzeczne były dobre. Niektóre rodzaje granitu były lepsze, ponieważ były gęstsze i lepiej trzymały się w kontakcie z podłożem. Swoje najlepsze kamienie, te, które nazywał kamieniami śmierci, trzymał w skórzanym woreczku, który nosił na szyi pod koszulą. 12 idealnych kamieni, gładkich, gęstych, wyważonych, każdy zdolny rozłupać ludzką czaszkę.
Ćwiczył z intensywnością graniczącą z obsesją. Każdego wieczoru po pracy, twierdząc, że zastawia wnyki na króliki, Isaiah szedł do lasu i strzelał. Nie strzelał na chybił trafił, lecz trenował systematycznie. Stworzył tor ćwiczebny w lesie w pobliżu plantacji. Tarcze ustawione były na różnych dystansach: 20 jardów, 30 jardów, 40, 50, 60, 70 jardów.
Oznaczał każdą odległość kamienną puszką, aby wyćwiczyć oko w natychmiastowej ocenie odległości bez zastanowienia. Ustawiał tarcze symulujące strzelanie do ludzi. Dynie umieszczał na słupkach na wysokości głowy. Wypchane worki zwisały z gałęzi drzew kołyszących się na wietrze. Kawałki kory z okręgami narysowanymi węglem stawały się coraz mniejsze w miarę jak jego celność rosła.
Ćwiczył, aż poczuł ból w ramionach, skurcze w dłoniach, pieczenie w mięśniach pleców i ramion, aż nauczył się ładować i strzelać w całkowitej ciemności wyłącznie na dotyk, znajdować sakwę dotykiem, czuć, jak kamień osiada na miejscu, naciągać broń do dokładnej pozycji 17 cali bez mierzenia, ćwiczył najważniejszą umiejętność ze wszystkich, strzelanie z niewygodnych pozycji, zwisając z gałęzi drzew, jedną ręką, leżąc na plecach, patrząc w górę, klęcząc za skałami z ograniczonym ruchem, strzelając pod górę i z góry,
Co wymagało innej kompensacji celowania, ponieważ grawitacja wpływała na trajektorię kamienia. Ćwiczył w deszczu, we mgle i na wietrze. Nauczył się, jak różne warunki wpływają na lot kamienia. Deszcz zwiększał ciężar i spowalniał prędkość. Wiatr odpychał kamienie na boki, co wymagało korekty celowania. Zimno sprawiało, że skórzane opaski były sztywniejsze i mniej wytrzymałe, co wymagało użycia twardszych kijów.
Rekompensował wszystko, układał w głowie tabele warunków i korekt. Ćwiczył strzelanie i poruszanie się – umiejętność walki, której ojciec nigdy go nie nauczył, bo ojciec nigdy nie wyobrażał sobie, że Isaiah będzie jej potrzebował. Strzelaj. Biegnij 6 metrów. Przeładuj. Strzelaj ponownie z nowego kąta. Biegnij ponownie.
Budował pamięć mięśniową na sytuacje, w których jeden strzał mógł nie wystarczyć lub w których towarzysze celu mogliby go szukać. Obsesyjnie mierzył czas. Potrafił załadować i oddać trzy strzały w ciągu 6 sekund. Potrafił strzelić, przebiec 15 metrów przez gęsty las i całkowicie ukryć się w zaroślach w mniej niż 10 sekund. Ćwiczył, aż wszystko stało się automatyczne.
Aż w końcu ocknął się ze snu i zaczął celnie strzelać w ciągu kilku sekund, aż proca stała się przedłużeniem jego ciała, dodatkową kończyną, która reagowała na myśli bez świadomej kontroli. Isaiah poświęcił 13 miesięcy na przygotowania, od września 1850 do listopada 1851 roku. 400 dni, ponad tysiąc godzin ćwiczeń, dziesiątki tysięcy strzałów oddanych do celu.
Inni zniewoleni zauważyli, jak znika nocą w lesie, ale założyli, że poluje na zwierzynę, by zdobyć dodatkowe pożywienie. Nadzorca pana Morrisona zapytał go kiedyś o jego nocne aktywności. Isaiah pokazał mu sześć królików, które zabił procą, i powiedział, że dostarcza mięso do kwater. Nadzorca, zadowolony, że Isaiah po prostu poluje, zostawił go w spokoju.
Nikt nie podejrzewał, że tworzy z siebie broń. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że ten szczupły 15-latek ćwiczył zabijanie ludzi z odległości 65 metrów (70 jardów) w każdą pogodę i z dowolnej pozycji, nie chybiając. W listopadzie 1851 roku Isaiah miał 15 lat, 163 cm wzrostu i ważył 50 kg (110 funtów). Potrafił trafić w cel wielkości człowieka z odległości 65 metrów (70 jardów) dziewięć razy na dziesięć.
Potrafił strzelić trzy razy w ciągu 6 sekund z niezmienną celnością. Potrafił zabijać bezszelestnie z dystansu, niezauważony. Znał schemat działania każdego łowcy niewolników. Miał ukrytą amunicję w całym lesie. Miał zaplanowane drogi ucieczki na każdą możliwą zasadzkę. I był gotowy. Gotowy oddać hołd swojemu ojcu, Jacobowi Riversowi. Gotowy, by wzbudzić strach w łowcach niewolników.
Gotowy do zabijania. 3 listopada 1851 roku. Pierwsze zabójstwo Isaiaha. Celem był łowca niewolników Robert Morrison, lat 42, który pracował samotnie z dwoma psami gończymi. Morrison sprawdzał system jaskiń w pobliżu Blood Mountain w każdą środę rano jak w zegarku. Isaiah obserwował go przez trzy miesiące, odmierzając czas jego przybycia, notując trasę i wybierając najlepszą pozycję zasadzki.
Ten sam schemat co tydzień, ta sama ścieżka przez te same drzewa. Przewidywalne. 3 listopada Isaiah opuścił plantację o świcie, twierdząc, że sprawdzi pułapki na króliki. Dotarł do systemu jaskiń o 7 rano i ustawił się w dębie, 18 metrów od ścieżki, którą miał podążać Morrison. Drzewo było stare, z grubymi gałęziami, które nie łamały się pod jego ciężarem.
Liście wciąż były bujne, mimo że jesień dawała mu osłonę. Isaiah zajął pozycję, proca gotowa, kamień śmierci już załadowany. Czekał. Czekanie było najtrudniejsze. Nie samo strzelanie, samo czekanie. Trzy godziny siedzenia w całkowitym bezruchu na drzewie, podczas gdy jego mięśnie sztywniały, a plecy bolały. Walczył z chęcią zmiany pozycji, przeciągnięcia się, poruszenia.
Trzy godziny obserwowania lasu, nasłuchiwania kroków. Trzy godziny myślenia o twarzy ojca, o bezmyślnej przemocy Pattersona, o systemie, który uczynił taką przemoc czymś normalnym. O 10:15 rano Morrison pojawił się ze swoimi psami. Szedł powoli, pozwalając psom węszyć ziemię, sprawdzając, czy nie ma śladów uciekinierów korzystających z jaskiń.
Psy były dobrze wyszkolone, ciche, skupione na swojej pracy. Morrison niósł karabin przewieszony przez ramię i zwiniętą linę u pasa – narzędzia swojego fachu. Isaiah czekał, aż Morrison znajdzie się 17 metrów od niego. Kąt widzenia. Lewa skroń Morrisona odsłonięta. Brak wiatru. Doskonała widoczność. Poranne słońce za Isaiahem, więc Morrison nie dostrzegłby sylwetki, gdyby przypadkiem spojrzał w górę.
Isaiah płynnie naciągnął procę, czując naciągnięcie skóry i znajomy opór pod palcami. Sakiewka przycisnęła się do jego policzka. Lewe ramię skierował prosto na głowę Morrisona niczym muszka. Wypuścił powietrze, wyczuwając przestrzeń między uderzeniami serca. Puścił. Kamień poleciał szybciej, niż Morrison zdążył zareagować.
Szybciej, niż ludzkie oko mogło śledzić. Szara plama pokrywająca 55 stóp w ułamku sekundy. Uderzyła Morrisona w lewą skroń z dźwiękiem przypominającym łamanie gałęzi. Głośny trzask, który rozległ się raz, a potem ucichł. Morrison padł natychmiast. Żadnego krzyku, żadnego potknięcia, tylko pionowa zmiana w poziomą w mgnieniu oka. Jego karabin brzęknął o ziemię, a pies spłoszony pobiegł w stronę lasu, zdezorientowany nagłym upadkiem swojego pana.