„Pułkowniku Ionescu, dziękuję za operację na granicy. Dzięki panu sprowadziliśmy do domu dwa całe zespoły”.
Fala ciszy przetoczyła się przez dziedziniec. Ta przytłaczająca cisza, gdy wszyscy oddychają jednym rytmem.
Uścisnąłem dłoń kontradmirała. Mocno. Tak mocno, że poczułem drżenie dłoni ojca kilka metrów dalej.
Potem się wycofał, zostawiając za sobą jedynie uniesione spojrzenia i niewypowiedziane pytania. I tak zostałam, w palącym słońcu, rozdarta między tym, kim byłam, a tym, kim się stałam.
Tata pierwszy przerwał milczenie.
„Simona… co to znaczy?”
To nie była złość. To nie było rozczarowanie. To było coś cięższego: wstyd. Wstyd, że przez lata budowała swoją dumę na fałszywej historii.
Odwróciłam się do niego powoli. Mama płakała cicho, ściskając chusteczkę w palcach. Ionuț trzymał w dłoni trójząb, ale zdawało się, że nawet go już nie czuł.