Zostawiłem dyplom na stole i zszedłem po schodach prosto do niego. Przytuliłem go na oczach wszystkich.
Garnitur śmierdział naftaliną. Jego dłonie były szorstkie, jak zawsze.
Wyszeptał mi do ucha:
„Widzisz, chłopcze? Mówiłem ci, że książki przynoszą szacunek”.
Tego dnia coś zrozumiałem.
Mój doktorat nie był moim największym osiągnięciem.
Ale człowiekiem, który mnie wychował.
Wieczorem wróciliśmy do Campu Dunării. Moja mama zrobiła sarmale i cozonac. Sąsiedzi przychodzili jeden po drugim, z kwiatami i miłymi słowami. Na podwórku stał długi stół, zrobiony z plastikowych, przywiezionych z domu kultury.
Gheorghe siedział na końcu stołu w milczeniu.
Sąsiad zapytał go:
„Hej, Ghiță, jak to jest mieć syna lekarza?”
Uśmiechnął się przelotnie.
„To jak wylewanie dobrego fundamentu. Na początku niewiele widać. Ale po latach zdajesz sobie sprawę, że każda łopata była warta zachodu”.
Wszyscy się śmiali.
Ja nie.