„Rozumiem. Dziękuję, doktorze Harrison. Prześlę zapłatę do pana gabinetu.”
Po wyjściu lekarza mój ojciec nalał sobie trzy palce bourbona i wpatrywał się w rzekę przez okno.
„Ojcze, przepraszam” – powiedziałem cicho.
Nie odwrócił się. „Za co? Za to, że urodziłem się przedwcześnie? Za to, że jestem chorowity? Za to, że jestem…” Urwał i wziął długi łyk. „Nie twoja wina, Thomas, ale taka jest nasza rzeczywistość”.
Ale mój ojciec nie był usatysfakcjonowany jedną opinią. Tydzień później przyjechał dr Jeremiah Blackwood z Vixsburga. Był młodszy od dr Harrisona, bardziej agresywny w badaniu i brutalniejszy w obchodzeniu się z moim ciałem. Ale jego wniosek był identyczny: ciężki hipoganadyzm z towarzyszącą niepłodnością. Schorzenie jest trwałe i nieuleczalne.
Trzeci lekarz przyjechał z Nowego Orleanu w marcu. Dr Antoine Merier był kreolskim lekarzem, który studiował w Paryżu i mówił z silnym francuskim akcentem. Był najdelikatniejszy z całej trójki, przepraszając za inwazyjny charakter badania.
Ale jego werdykt był taki sam. „Tylko my, ale twój syn, nie może spłodzić dzieci. Rozwój jest zatrzymany. Nic nie da się zrobić”.
Trzech lekarzy, trzy badania, trzy identyczne wnioski. Thomas Bowmont Callahan był bezpłodny, niezdolny do rozrodu, niezdolny do kontynuowania linii rodowej.
Wieść rozeszła się po Towarzystwie Plantatorów w Missisipi z szybkością i dokładnością plotek wśród ludzi, którzy nie mieli nic lepszego do roboty niż omawianie swoich interesów. Mój ojciec nie starał się utrzymać tego w tajemnicy. Jaki byłby sens? Każda kobieta, która zgodziłaby się mnie poślubić, musiałaby o tym wiedzieć. Lepiej być szczerym od razu, niż później narazić się na oskarżenia.
Hendersonowie natychmiast wycofali swoją córkę z rozważań. Rutherfordowie, którzy wyrazili zainteresowanie zapoznaniem mnie ze swoją młodszą córką, wysłali uprzejmą wiadomość z odmową. Prestonowie, Montgomery'owie, Fairfaxowie, wszystkie prominentne rodziny, które mogły zignorować moją fizyczną słabość dla fortuny Callahanów, nagle znalazły powody, dla których ich córki nie nadawały się na żony lub były już obiecane gdzie indziej.
Ale nie tylko prywatne odrzucenia bolały. Bolały również publiczne komentarze.
Podsłuchałem panią Harrison w kościele w kwietniu. „Szkoda z tym chłopcem Callahanem. Sędzia ma tyle majątku, a nie ma prawowitego spadkobiercy, któremu mógłby go zostawić. Aż człowiek się zastanawia, o co w tym wszystkim chodzi”.
Na przyjęciu, które mój ojciec wydał w maju, jeden z gości, upojony wyśmienitą whisky mojego ojca, powiedział na tyle głośno, że słyszałem go z korytarza: „Taka jest natura, prawda? Słabe osobniki nie powinny się rozmnażać. To utrzymuje stado w zdrowiu”.
Plantator z Luizjany, który odwiedził mnie i oglądał konia, którego sprzedawał mój ojciec, skomentował: „Dobre zwierzę. Silne linie, dobra kondycja, sprawdzony ogier. Nie tak jak twój syn, co? Czasami hodowla po prostu zawodzi”.
Każdy komentarz był jak nóż w plecy, ale nauczyłem się nie okazywać żadnej reakcji. Jaki byłby sens? Mieli rację w kategoriach, które rozumieli. Byłem wybrakowanym towarem, nieudaną inwestycją, ślepą gałęzią na drzewie genealogicznym.
Mój ojciec zamknął się w sobie wiosną i latem 1858 roku. Nadal zarządzał plantacją z właściwą sobie sprawnością, nadal pełnił funkcję sędziego hrabstwa, nadal uczestniczył w spotkaniach towarzyskich. Ale w domu stawał się coraz bardziej zdystansowany, spędzając długie godziny w gabinecie z bourbonem i dokumentami prawnymi, pracując nad czymś, o czym nie chciał ze mną rozmawiać.
Uciekłem w świat książek. Biblioteka mojego ojca liczyła ponad 2000 tomów, a większość z nich przeczytałem do dziewiętnastego roku życia. Szczególnie ukochałem filozofię i poezję. Marka, Aureliusza, Epiktita, Keatsa, Shelleya, Byrona. Znajdowałem ukojenie w słowach pisanych przez ludzi, którzy rozważali cierpienie, śmiertelność i kondycję ludzką.