Bez nadawcy.
W środku był odręcznie napisany list.
Od Gheorghe Sălceanu.
Trzy linijki.
„Myliłem się. Jeśli dzieci będą chciały się ze mną spotkać, moje drzwi są otwarte”.
Przeczytałem to dwa razy.
Potem odłożyłem.
Nie dlatego, że chciałem się zemścić.
Ale dlatego, że teraz to ja decydowałem.
Pewnej niedzieli pojechałem z chłopakami do domu rodziców w Pitești. Mama położyła na stole gołąbki, tata otworzył butelkę wina, a dzieciaki biegały po podwórku.
Tam, w zapachu palonego drewna i cozonacu, zrozumiałam coś prostego.
Prawdziwe bogactwo nie leży w pięciogwiazdkowych hotelach.
Leży w spokoju, z jakim kładziesz głowę na poduszce.
W tym, jak z ufnością patrzą na ciebie dzieci.
W sile, by nie dać się kupić.
Tego wieczoru Radu zapytał mnie:
— Mamo, czy jesteśmy bogaci?